15 Październik 2010 - Wioska Jambiani
Kolejny raz z rzędu, większość z nas (oprócz mnie) zerwała się na 06:00 rano zobaczyć wschód słońca. No, wschód piękny, ale nie mnie to oceniać ;) Ten dzień, dla odmiany, okazał się pełen atrakcji. Po tradycyjnym śniadaniu (omlet bądź jajecznica, świeża papaja plus mikro-bananki) zarezerwowaliśmy w naszym hotelu snorkelling. Łódź, pomimo zbliżającego się odpływu podpłynęła na plażę dau Wbrew temu co wypisują na Wiki – nasza łódka miała pojemność około 8 osób – tzn. pewnie dałoby się więcej wcisnąć, ale tak akurat każdy siedział komfortowo, jeśli to można tak nazwać.
Maski i płetwy czekały na nas już w worku (rozmiary zamówiliśmy dzień wcześniej w hotelu). Po jakiejś godzinie płynięcia wciąż było widać brzeg – w sumie dość interesujące, że pomimo braku wiatru wciąż płynęliśmy, fakt, że od czasu do czasu jeden z kapitanów musiał kijem odpychać się od dna :)
Ogólnie jak na jednostkę morską tej wielkości mieliśmy stosunkowo dużo załogi – było ich trzech – trzech kapitanów. Nie wszyscy wprawdzie mówili po angielsku, ale ten co mówił to powiedział nam, że ma 10 potomków. Żeby nie było, że to takie naturalne to pozostałych dwóch nabijało się z niego ;)
Pomimo trzech kapitanów wciąż rąk do pracy było mało – zostaliśmy zaangażowani w rozwijanie i zwijanie żagla – w sumie dla nas to też atrakcja a dla kapitanów mniej roboty ;)
W końcu dopłynęliśmy gdzieś, gdzie zrobiło się trochę głębiej – pojawiła się rafa koralowa i kolorowe rybki. Może z nóg to nie zwalało, no, ale to jednak coś, czego my na co dzień nie widzimy, wiec wszystko co kolorowe to cieszy oko :) Nawet kwestie technicznie nas nie zrażały – Radek pływał z jedną płetwą. Moje płetwy były w ogóle za małe i ciśnienie krwi w stopach zmalało mi do zera ;) Marty maska związana była gumką:) Widzieliśmy taką ‘skrzydlastą’ rybę, która jest bardzo toksyczna w dotyku. Było też trochę baaardzo płaskich i dużych ryb. Aż tak naukowo do tego nie podchodziliśmy, a management na statku angielskimi nazwami nie operował ;)
Kapitan za to świetnie za to naśladował tzw. ‘bush baby’ czyli bardzo hałaśliwe małpy.
Wieczorem kapitan przeobraża się w kelnera.. jednak metody pracy stosuje te same. Czasami trzeba było sobie samemu coś przynieść i jeszcze mu powiedzieć, że się wzięło, on dopisywał to do rachunku, który na koniec dnia nigdy się nie zgadzał. Czasem było więcej, czasem mniej, czasem źle dodane.. ;)
W wodzie byliśmy jakoś ponad godzinę. Żeby wgramolić się z powrotem na łódkę, to nie była taka prosta sprawa ;) Nie wymieniając nazwisk – niektórzy wyglądali jak wieloryby, które trzeba było wtaszczyć pod górę – ale ostatecznie udało się :) Wróciliśmy prosto na lunch. Na sałatkę owocową czekaliśmy około godziny (pole, pole), prawdę mówiąc trochę żałowaliśmy tego zamówienia, bo zanim zamówiliśmy to aż tacy głodni nie byliśmy, ale zanim przyszło jedzenie to już głód był jakby większy.
Po lunchu odebrał na przewodnik i pojechaliśmy do wioski Jambiani (to tam gdzie wcześniej spacerowaliśmy plażą). Tym razem ktoś nam opowiadał po kolei co i jak się dzieje. Mieszka tam teraz około 6000 osób.
Zaczęło się od kobiety wytwarzającej sznurek z palmy kokosowej. Z kokosów czy też drzewa samego zostają takie włosy, jakby odpowiednik naszej konopi (niekoniecznie indyjskiej). Najpierw moczy się je w wodzie, potem suszy na słońcu i rozbija na drewnianej belce. Efektem jest coś co nazwałbym kłębem sznurków. Potem kobieta rozwałkowała to jakby na swojej nodze i zrolowała w formę sznurka. Z kilku kawałków zrolowała w jeden dłuższy, potem jeszcze dłuższy itd. Praktycznie potrafią oni wytwarzać sznurki nieograniczonej długości. Używane są w celach konstrukcyjnych np. do budowy domów, albo butów, szczoteczek, koszy, etc.. Lina rzeczywiście zadziwiająco silna – pomimo wielkich chęci nie udało nam się jej przerwać metodą siłową :)
Z palm kokosowych nic się zupełnie nie marnuje. Oprócz sznurków i lin mogą służyć jako miarki do przypraw, na opał,do dekoracji – dosłownie wszystko da się z nich zrobić. Buty nawet powstają z połączenia w/w sznurka i palmy.
Drugą atrakcją był zielarz. Pan jest ponoć sławny na całym świecie (i rzeczywiście jak się w Google wpisze ‘jambiani’ i ‘herbal’ to wychodzi mnóstwo trafień ) – nawet w przewodniu o nim piszą. Od czterech pokoleń jego rodzina zajmuje się poznawaniem ziół i leczeniem ludzi. Pokazywał nam mnóstwo różnych liści, korzeni i innych kwiatków z dokładnym opisem co na co działa. Najbardziej ciekawe wydały nam się ziółka na odwrócenie dziecka jeśli rodzi się nie tą stroną co trzeba, albo odpowiednik viagry zrobiony z imbiru :) Były też ziółka na astmę, na malarię, na żółtą febrę, itd.
Następnie odkryliśmy tajemnicę upraw morskich. Widzieliśmy już wiele razy jak kobiety coś tam zatapiają w wodzie. Okazało się, że jest to hodowla alg (czy wodorostów jak to je nazywaliśmy). Do sznurka przysznurowuje się kawałek krzaka, po czym sznurek nabija się, jak pranie przed domem tyle, że wtyka w ziemię pod wodą. Ze względu na duże odpływy nie można tego robić zupełnie przy brzegu – w praktyce kobiety odchodzą ileś-set metrów od brzegu (tylko kobiety się tym zajmują) i nawet pomimo odpływu zielsko zawsze jest pod wodą. Kupują to potem Japończycy i płacą za to solidnie. To samo w sobie chyba nie smakuje jakoś specjalnie, ale jako dodatek jest ponoć wyśmienite. Ogólnie ciężka robota wiązanie takich krzaków – w pełnym słońcu trzeba się zginać do połowy, przypuszczam, że można się błyskawicznie opalić ;)
Potem szliśmy tak to tu to tam i minęliśmy kilka krzaków przy drodze – okazało się, że to różne rodzaje mięty sobie dziko rosną. Ogólnie ziemia tam jest dosyć płytka – pod spodem są zwapnione skały (jeśli to tak można nazwać) koralowca. Używają go do wszelakich celów – można odzyskać z niego wapno (tzw. wapno palone), użyć jako pralki… Była też studnia wykopana, ale jednak ze słoną wodą. Ogólnie koralowce walają się na każdym rogu.
Wioska wydawała nam się wyjątkowo biedna, ale po bliższym przyjrzeniu się to wręcz jedna z bogatszych w okolicy. Większość domów ma bieżącą wodę (często po prostu rura ze słodką wodą przechodzi przez podwórko – no, ale chociaż do studni nie muszą chodzić). Jest szkoła – dzieci wprawdzie chodzą tam tylko raz w tygodniu – no, ale zawsze coś. Utrzymują się głównie z turystyki (tak jak my płaciliśmy na przewodnika), łowią ośmiornice i inne stwory morskie, dłubią sobie na boku maski i inne ozdóbki co potem na targu można kupić za ceny w dolarach amerykańskich. Elektryczność też jest pociągnięta. Tak naprawdę trochę mistycznie – tak coś z niczego :) Działa też organizacja, która uczy ludzi jak sobie radzić z codziennością.. planowanie rodziny, zarabianie pieniędzy np. na ozdóbkach muszlowych, uprawiania ziółek i innych roślin na koralowcach etc.
Domy wyglądają jakby się miały zaraz zawalić ;)Kiedyś budowali je tylko z liści i palm, a teraz już je składają z koralowca. Jak chłopak ma 15 lat to buduje sobie na początku dom palmowy a dopiero jak się ożeni, to stawia koralowy.
Co do przeglądów samochodowych, to jak jeździ to znaczy, że ok. Np. ciężarówka przejeżdżała, co resory miała obwiązane szmatami, opony zupełnie łyse i jakoś nikt problemów nie robił.
Zasadniczo turystyka w Tanzanii jest stosunkowo świeżym biznesem. Dopiero 20 lat temu kraj ten otworzył się na świat a od 7 lat rząd pozwolił otwierać prywatne firmy. Lokalni szybko podchwycili podstawowe idee, że Mzungu może zapłacić dużo więcej niż trzeba..;)
Idąc dalej minęliśmy Polanę Diabła – bardzo mroczne drzewa otaczają placyk…podejście do śmierci jest akurat naturalne. Przy każdym domu stoi troche grobków. Lokalni wierzą, że jeśli umarłeś to nie ma powodu dla którego nie chciałbyś leżeć (gnić) koło domu, który znasz. Niektóre wyglądały naprawdę staro – ponoć i z 600lat miały.
Gdzieś tam za rogiem stoi baobab, rośnie tam już od 800 lat – na naszą miarę to miał jakieś 13,5m średnicy. Dla lokalnych nie stanowi jakiejś specjalnej atrakcji – ot, drzewo.
Nawet nie wiem kiedy to minęło… Wracając na piechotę do hotelu byliśmy już tak zmęczeni, że starczyło nam tylko siłę na zamówienie naleśników. Normalnie serwują dwie sztuki, a my chcieliśmy zamówić po trzy na talerzu. Uniwersalny język rysowniczy (musiałem narysować pięć talerzy i na każdym po trzy naleśniki ;) okazał się być bardziej precyzyjny niż angielski. Nie dalej jak po 1.5h przyszły, zgodnie z zamówieniem.
Comments
Dodaj swój komentarz poniżej :-)








