16 Październik 2010 - Powrót przez Stone Town i Dar Es Salaam
I to już praktycznie ostatni dzień na zanzibarskiej ziemi. Z rana przyjechał po nas bus i zawiózł nas zgodnie z planem do Stone Town. Tutaj u ‘Taty’ zostawiliśmy wszystkie torby i bagaże. Trochę szkoda nam było, że on był gdzieś w terenie bo nie mogliśmy się pożegnać. Połaziliśmy jeszcze zygzakiem po wąskich uliczkach. Zakupy, pomimo całego dwutygodniowego treningu, okazały się jak zwykle stresujące. Aga początkowo wyraziła zainteresowanie podkładkami pod talerze, no, ale potem zdrowy rozsądek wziął górę, że za ciężkie, że za drogie etc.. Sprzedawca biegł za nami jeszcze przez kilka przecznic. Potem chciał sprzedać za 10% początkowej wartości. .
Ostatecznie wylądowaliśmy na ostatnim posiłku w Monsoon Jedzenie było naprawdę dobre i nawet czas oczekiwania nie miał standardów afrykańskich.
Z rzeczy, których chcieliśmy spróbować lub zobaczyć, ale które jakoś z różnych względów nie doszły do skutku to:
- sok z trzciny cukrowej. Na początku sprzedawcy stali z tym na każdym rogu – ale po pierwsze woda, którą tam dodają jest cokolwiek dziwnego pochodzenia, po drugie cała ta prasa do wyciskania soku (wygląda jakby żywcem oderwali ją od pralki typu Frania) – ponoć bardzo smaczne, ale na mój żołądek to od razu musiałbym coś na uspokojenie łyknąć ;) Nawet przygotowaliśmy się na ewentualność spożycia i ‘pożyczyliśmy’ szklankę z ostatniego hotelu, niestety nigdzie ich nie było widać;
- czerwone banany z drogi między Arushą na Ngorongoro – podobno można je kupić i w Stone Town, ale akurat nie był na to sezon. Udało nam się za to świeżych orzechów nerkowców (cashnut) podjeść;
- nie widzieliśmy żywego nosorożca – wprawdzie u nas w każdym ZOO stoi przynajmniej jeden, ale po takiej wycieczce chyba już nic nie przekona mnie do pójścia do ZOO. Nawet te duże ZOO (np. w Berlinie), które zapewniają świetne warunki – to jest zupełnie nic w porównaniu z przestrzenią wolności;
- o jeden dzień ominęliśmy festiwal muzyczny zwany Sauti za Busara.
Już po południu odebraliśmy torby z naszej zaprzyjaźnionej przechowalni i Radek dostał w rękę laptopa. Powiedziano nam, że ktoś się po niego zgłosi w naszym hotelu (w końcu hotel też mieliśmy zarezerwowany przez tę samą firmę). Trochę dziwnie – ale OK :).
Wejście na prom jest dość traumatyczne. Na początku nie do końca wiadomo skąd one odpływają. Wszystkie płyną do Dar Es Salaam, ale wiadomo, który prom jest którego przewodnika. Wszystkie podpływają pod jeden mostek. Prom jest naprawdę spory – na setki osób. Bilety trzeba kupić kilka dni wcześniej bo promy są często załadowane do pełna. Po sprawdzeniu paszportów (pomimo tego, że Zanzibar należy do Tanzanii) stanęliśmy w kolejce, która miała kilka zasadniczych problemów: na słońcu wszystko się topiło; nie dokońca wiadomo było czy stoimy w dobrej kolejce, zapach toalet (a może braku toalet) był zależny od lekkiej bryzy. Zmieszanie tych trzech czynników sprawiło, że nasze 50minutowe opóźnienie ciągnęło się w wieczność.
W końcu coś przypłynęło i ludzie zaczęli wychodzić. Mieli ze sobą przeróżne rzeczy. Od telewizorów, przez lodówki, worki z butami, plecaki, kartony – słowem wszystko. Jak potem siedzieliśmy na promie to przez moment stała obok nas osoba z żywą kurą na rękach. No, zwierzak też lubi podróżować, a świeży rosół nie jest zły :)
Zaczynamy się ładować na pokład ale okazuje się, że torby musimy zanieść gdzieś indziej. Niby łatwo – kilku ludzi ustawionych jeden obok drugiego załadowuje w/w telewizory i inne torby na statek. Cóż – zostawiliśmy torby na brzegu – wiadomo, że żadnego kwitka nie dostaliśmy (zbędna biurokracja). I poszliśmy z powrotem do wejścia pasażerskiego. Udało nam się zająć miejsca siedzące i tyle. Prom płynął dość sprawnie – jak się wstało to nawet trochę bujało. Jak się okazało lokalni w ogóle nie są na to odporni. Radek poszedł do toalety i oczom jego przypomniały się studenckie czasy – a dokładniej kibli mocno już zużytych na koniec imprezy o 6rano. Tak właśnie to ponoć wyglądało. W pewnym momencie zaczęli chodzić z workami na śmieci (takie 60l) gdyby komuś nie było dobrze ;)
Inną ciekawostką był fakt, że byliśmy praktycznie jedynymi z niewielu białych na całym pokładzie. Jak okiem sięgnąć nie widać było nikogo innego..:) Cała atmosfera była dość specyficzna, pomijając kurę to niestety antyperspiranty to nie są tam w użyciu powszechnym. Tel komórkowe zazwyczaj sobie grają jakąś muzyczkę na cały głos ;)
Gdy dopłynęliśmy na miejsce było już zupełnie ciemno. Wyjście na ląd to było przeżycie samo w sobie. Biorąc pod uwagę poprzedni akapit i to, że każdy chciał być pierwszy, ludzie rzucili się do odbioru bagaży. Działało to tak – ten sam łańcuszek ludzi co wcześniej wnosił klamoty – teraz je wyprowadzał na nabrzeże. Ludzie w amoku próbowali dostać się do swoich toreb i tak hałda kartonów i plecaków malała. Jakoś niby każdy wiedział co jest czyje. Na szczęście nic nam nie zginęło. Po wyjściu przed bramy portu atmosfera jak z teledysków MTV. Ktoś tam się bił (porządna bijatyka), ktoś krzyczy, ktoś coś sprzedaje – naprawdę strasznie. Ochroniarze biegną, jeden, drugi… trzydziestu ich przybiegło! :) Lepiej niż w 2Pac’u ;)
Kobiety wciąż są traktowane dość mało europejsko. Szliśmy z walizkami i chciałem przepuścić jedną (a może nie miałem wyboru), ktoś z obsługi statku wciągnął ją z powrotem do tyłu i powiedział: “ona ma poczekać”. Cóż.
Na szczęście czekała już na nas taksówka z tabliczką “Marta & Maurycy”. Hotel Florida Executive Inn był dosłownie 10 minut jechania – dzielnica tak straszna, że nawet przejście od taksówki do hotelu wydawało się stosunkowo niebezpieczne. Hotel za to OK. Szkoda, że spaliśmy w nim tylko kilka godzin, bo na lotnisko trzeba było z rana jechać.
Historia z laptopem wciąż pozostawała nierozwiązana. Na recepcji nikt nie wiedział o co chodzi. Z recepcji Radek zadzwonił do ‘Taty’. Okazało się, że on już jest w Dar Es Salaam i odbierze go za 30minut. Poszliśmy do restauracji, w której na stolikach w wazonach powtykali sztuczne kwiaty pogrzebowe (fioletowe róże). W rogu wył telewizor, no, ale jak człowiek głodny to i takie rzeczy nie mają znaczenia :)
Radek do zupy zamówił sobie chleb. Zgodnie z afrykańskim czasem w końcu i zupa dotarła i chleb – kelner zapytał czy może chce zgrzankować tosty. Radek powiedział ok. Zupa już czeka, chleb był – ale poszedł na zaplecze. Mija minuta, dwie, dziesięć. Trzeba było już zupę skonsumować bo na grzanki to nie wiadomo ile jeszcze czasu by czekać i słusznie – bo one już nigdy nie wróciły, tzw. zaginione w akcji :). Zamówiliśmy też czipsy ‘cassava’ czyli po naszemu z manioku jadalnego ale niestety były one niejadalne ;) – twarde i paskudne.
‘Tata’ rzeczywiście przyjechał po laptopa. Rozważał nawet odwiedzenie kraju ‘Mzungu’ – mówił, że od miesiąca nie miał ani jednego dnia przerwy w pracy. Wypiliśmy piwa z naklejkami ‘Tusker’, ‘Kilimanjaro’, ‘Safari’ i ‘Serengeti’ – ostatni smak kawy z kardamonem – i poszliśmy spać. Radek zabił nawet komara pełnego krwi na dobranoc, aż się czerwony rozpłaszczył.
Nad ranem okazało się, że lotnisko jest 10min drogi. Byliśmy tak wcześnie, że wszystko było zamknięte na wszystkie spusty. Taksówkarz miał za mały samochód i fizycznie nie mogliśmy się zmieścić z torbami. Ktoś tam na kolanach leżał, walizki pod zębami..itd.. ;)
Na wejściu okazało się, że Arek ma zapalniczkę zippo, której nie chcieli przepuścić przed prześwietlanie dużego bagażu. Dopiero 15 minut tłumaczenia i perswazji przekonało strażników – wiadomo, że taką zippo mogliby bardzo łatwo sprzedać za niemałe pieniądze. Potem coś tam nie pasowało z biletem Arka i Agi – bilet był kupiony kartą ich znajomego, której oni przy sobie nie mieli. Uprzejma pani nie chciała ich w ogóle przepuścić, było nawet ryzyko, że nigdzie nie pojadą, ale na szczęście się zgodzili.
Lecąc do Nairobi w końcu zobaczyliśmy Kilimajaro – gdy pierwotnie lądowaliśmy bezpośrednio w Kili było już zupełnie ciemno. Z Arushy Kili nie widać, z samolotu widok jest potworny. Olbrzymia góra wysoko ponad chmury – naprawdę robi wrażenie.
W Amsterdamie mieliśmy kilka godzin, żeby wyskoczyć do miasta. Na kontroli celników Arek został zatrzymany. Już jadąc do Afryki miał na szyi kieł jakiegoś zwierza. Posiadanie oryginalnej kości słoniowej jest nielegalne – jako jedyny został zatrzymany i przepytywany. A że już wiele godzin siedział zamknięty w metalowej puszcze bez dostępu do dymu tytoniowego to się trząsł cały ;) Celnik pyta: “dlaczego się tak denerwujesz” odpowiedź:“jakbyś nie palił przez osiem godzin to też byś się denerwował” ;)
Lot do Edynburga – i już :).. można planować kolejne wyjazdy…:)
Comments
Dodaj swój komentarz poniżej :-)






